Lusia - BLOG

O autorze ↓

Moje WZW C: Im bliżej końca tym... trudniej?

Infekcja mija. Niestety bardzo powoli, ale jest już zdecydowanie lepiej. Nie będę jednak ukrywać, że czuję się ogólnie osłabiona i mimo, że jestem przy końcu terapii, to tak naprawdę jest coraz trudniej.

Zostało mi jeszcze około dziewięciu tygodni do ukończenia swojej „walki” z wirusem. Liczyłam na to, że im bliżej końca tym leczenie będzie coraz łatwiejsze do przejścia. Niestety, przeliczyłam się.



Na samiuśkim początku byłam przygotowana na wszelakiego rodzaju objawy niepożądane takie jak np. gorączka, bóle mięśni i stawów, bóle głowy. Szczególnie, gdy występowały one w tzw. „pointerferonowe” dni. Pierwsze zastrzyki faktycznie dawały się we znaki .
Z czasem jednak objawy zaczęły słabnąć, a leczenie stawało się coraz mniej uciążliwe. Przyznam szczerze, że pojawił się nawet taki moment, kiedy nie odczuwałam żadnych negatywnych skutków terapii. Przyzwyczaiłam się i miałam nadzieję, że tak pozostanie do samego końca.

Niestety, od kilku (dwóch może trzech) tygodni zastrzyki ponownie stały się moim małym koszmarem. Bóle głowy i uczucie ogólnego rozbicia zdecydowanie nasiliły się. Tak, jak już byłam w stanie przetrwać wszystkie niechciane objawy, bez wspomagania się lekami przeciwgorączkowymi, tak teraz coraz częściej po nie sięgam. Co więcej, znowu zaczęły budzić mnie w nocy dreszcze. Czuję się słabsza. Kondycyjnie też trochę podupadłam. Problemem stało się wejście na drugie piętro! Zadyszka, zawroty głowy.
Możliwe, że infekcja, która mnie dopadła, ma tutaj duże znaczenie. Ale, co jak co, „pogorszenie” pojawiało się stopniowo wcześniej, tak więc nie chcę całej winy zrzucać na przeziębienie.

Bardzo chciałabym ponownie wejść w ten stabilny czas terapii, kiedy to objawy przestają być tak dokuczliwe. Może powinnam na nowo popracować nad swoim pozytywnym myśleniem? Dobre myśli ściągają dobre rzeczy. Tak więc od dziś będę starała się skupiać TYLKO na tych pozytywnych aspektach terapii. Trzymajcie kciuki! :)
Trwa ładowanie komentarzy...