Wraz z rozpoczęciem 37. tygodnia terapii pojawiła się u mnie gorączka. Temperatura sięgała 39 stopni, do tego dreszcze, bóle stawów, mięśni. Naprawdę, nie byłam w stanie podnieść głowy z poduszki. Ledwo kontaktowałam. Objawów w żaden sposób nie mogłam powiązać z działaniem interferonu, gdyż zaaplikowany był on kilka dni wcześniej i do tego czasu zdążyłam go „odchorować”.
Czułam się naprawdę fatalnie. Rozłożyło mnie w mgnieniu oka. Leki przeciwgorączkowe nie dawały sobie rady. Przyznam szczerze, że sama zaczęłam się o siebie martwić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że podczas leczenia organizm jest nieco słabszy, a jeszcze u mnie dodatkowo ciągle istniał problem z bardzo nisko utrzymującym się poziomem neutrocytów.
Wieczorem najbliżsi zadzwonili na oddział z zapytaniem, co robić. Lekarz po wysłuchaniu, poprosił mnie abym pojawiła się na izbie przyjęć, ponieważ niewkluczona była w tej sytuacji hospitalizacja. Na szczęście w badaniach okazało się, że prawdopodobnie to jakaś paskudna wirusówka i nie wymagałam antybiotykoterapii. Dostałam oczywiście reżim łóżkowy... ale u siebie w domu! Uf.
I tak od półtora tygodnia męczę się już z ciągnącą się i ciągnącą infekcją. Dobrze, że przestałam już gorączkować. Ale katar, kichanie, krwawienie z nosa, budzenie się w nocy nie dają mi spokoju.
Niestety długiego weekendu listopadowego nie mogę zaliczyć do najbardziej udanych, ale najważniejsze, że powoli wychodzę na prostą, a siły powracają. Teraz już wiem, jak bardzo istotne jest to by o siebie szczególnie dbać w tak ważnym i niełatwym czasie, jakim jest terapia. Nie można przesadnie zgrywać chojraka, czasem trzeba pozwolić sobie na odpoczynek!
