O autorze
Lusia, lat 22, leczy WZW C terapią trójlekową – studentka medycyny, u której chorobę zdiagnozowano jeszcze przed ukończeniem 2. roku życia. W dzieciństwie dwukrotnie przeszłam leczenie interferonem i rybawiryną. Niestety, bez pozytywnego efektu. Wyniki, przeprowadzonych na początku 2013 r., badań wykazały duże zmiany wątroby, co było bezpośrednim powodem zakwalifikowania mnie w trybie pilnym do leczenia trójlekowego. Terapię rozpoczęłam w lutym 2014 r. Jestem osobą lekko zwariowaną, pozytywnie zakręconą i pełną energii. Uwielbiam ludzi przepełnionych optymizmem. Kocham podróżować, zwiedzać, tańczyć, śmiać się i bawić. A co najważniejsze... staram się nigdy nie poddawać!

Moje WZW C: Niełatwy czas - 36-38. tydzień

Wbrew pozorom 36. tydzień leczenia rozpoczęłam naprawdę bardzo dobrze i pozytywnie. Wyniki badań kontrolnych wyglądały całkiem w porządku. Dawki leków nie zostały mi w żaden sposób zmienione i nawet przybrałam na wadze 1,5 kg! A to ogromny sukces Drodzy Państwo! :) Niestety... schody zaczęły się już tydzień później.

Pod koniec 36. tygodnia zaczęłam czuć się lekko przeziębiona. Pojawił się niewielki katar i ból gardła. Nie czułam się jednak najgorzej, w związku z tym starałam się funkcjonować normalnie. "Biegałam" wszędzie, na zajęcia na uczelni, na spotkania itd. Nie ograniczałam się z żaden sposób. No i … to był błąd. Przeceniłam siłę swojego organizmu podczas leczenia. Niestety z drobnego przeziębienia zapracowałam sobie na ogromną, przebrzydłą i ciągnącą się w nieskończoność infekcję.



Wraz z rozpoczęciem 37. tygodnia terapii pojawiła się u mnie gorączka. Temperatura sięgała 39 stopni, do tego dreszcze, bóle stawów, mięśni. Naprawdę, nie byłam w stanie podnieść głowy z poduszki. Ledwo kontaktowałam. Objawów w żaden sposób nie mogłam powiązać z działaniem interferonu, gdyż zaaplikowany był on kilka dni wcześniej i do tego czasu zdążyłam go „odchorować”.

Czułam się naprawdę fatalnie. Rozłożyło mnie w mgnieniu oka. Leki przeciwgorączkowe nie dawały sobie rady. Przyznam szczerze, że sama zaczęłam się o siebie martwić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że podczas leczenia organizm jest nieco słabszy, a jeszcze u mnie dodatkowo ciągle istniał problem z bardzo nisko utrzymującym się poziomem neutrocytów.
Wieczorem najbliżsi zadzwonili na oddział z zapytaniem, co robić. Lekarz po wysłuchaniu, poprosił mnie abym pojawiła się na izbie przyjęć, ponieważ niewkluczona była w tej sytuacji hospitalizacja. Na szczęście w badaniach okazało się, że prawdopodobnie to jakaś paskudna wirusówka i nie wymagałam antybiotykoterapii. Dostałam oczywiście reżim łóżkowy... ale u siebie w domu! Uf.

I tak od półtora tygodnia męczę się już z ciągnącą się i ciągnącą infekcją. Dobrze, że przestałam już gorączkować. Ale katar, kichanie, krwawienie z nosa, budzenie się w nocy nie dają mi spokoju.

Niestety długiego weekendu listopadowego nie mogę zaliczyć do najbardziej udanych, ale najważniejsze, że powoli wychodzę na prostą, a siły powracają. Teraz już wiem, jak bardzo istotne jest to by o siebie szczególnie dbać w tak ważnym i niełatwym czasie, jakim jest terapia. Nie można przesadnie zgrywać chojraka, czasem trzeba pozwolić sobie na odpoczynek!
Trwa ładowanie komentarzy...