O autorze
Lusia, lat 22, leczy WZW C terapią trójlekową – studentka medycyny, u której chorobę zdiagnozowano jeszcze przed ukończeniem 2. roku życia. W dzieciństwie dwukrotnie przeszłam leczenie interferonem i rybawiryną. Niestety, bez pozytywnego efektu. Wyniki, przeprowadzonych na początku 2013 r., badań wykazały duże zmiany wątroby, co było bezpośrednim powodem zakwalifikowania mnie w trybie pilnym do leczenia trójlekowego. Terapię rozpoczęłam w lutym 2014 r. Jestem osobą lekko zwariowaną, pozytywnie zakręconą i pełną energii. Uwielbiam ludzi przepełnionych optymizmem. Kocham podróżować, zwiedzać, tańczyć, śmiać się i bawić. A co najważniejsze... staram się nigdy nie poddawać!

Moje WZW C: Z lodówką za pan brat

Start! Ruszyły zajęcia na uczelni! Teraz mogę już definitywnie powiedzieć STOP labie. Niestety dzień w dzień spędzam wiele godzin poza domem. Pory przyjmowania leków, szczególnie tych, które przechowuję w lodówce, zaczęły być nieco problematyczne. Ale... wszystkiemu da się zaradzić.

Jak wygląda teraz większość moim dni? Wstaję raniutko. Szykuję się do wyjścia. Oczywiście w międzyczasie robię sobie śniadanko z odrobiną tłuszczyku i po godzinie 7 zażywam pierwszą dawkę leków (rybawiryna i inhibitor proteazy). Całe szczęście, że jestem jeszcze w stanie bez większego problemu łykać te wszystkie kapsułki, chociaż muszę przyznać, że czasami zdarzają się też gorsze momenty. Bywa tak, że na samą myśl, że muszę COŚ zjeść, kiedy tak naprawdę nie mam na to kompletnie ochoty, robi mi się słabo.

Po śniadaniu zabieram ze sobą naszykowaną dzień wcześniej lodówkę turystyczną z kolejną porcją leków i gnam na uczelnię. Lodówka niestety jest dosyć pokaźnych rozmiarów. W całą pewnością rzuca się w oczy i niejednokrotnie wzbudza sensację. W sumie to nie ma co się dziwić. Też zwróciłabym uwagę na osobę, która dzień w dzień paraduje z tak wielkim „tobołkiem”. Zdaję sobie sprawę, że muszę wyglądać nieco śmiesznie, ale naprawdę... postanowiłam się tym nie przejmować. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Jako, że nie posiadam żadnego zgrabnego plecaka termoizolacyjnego, który na tak wiele godzin utrzymywałby odpowiednią temperaturę, to muszę sobie radzić w taki sposób. A na wścibskie pytania „zainteresowanych” zawartością mojej lodóweczki, staram się odpowiadać z żartem. Mówię np. że przewożę dodatkowy mózg, na wypadek gdyby mój się przegrzał podczas pisania kolokwium itd.. Znajomi wtedy zazwyczaj rozumieją, że najwyraźniej chcę, aby to pozostało moją prywatną sprawą i nie dopytują o więcej. Nie wszystkie osoby z mojego otoczenia wiedzą o moim leczeniu i wolę, aby tak pozostało.

Kolejną dawkę leków zażywam około 15 będąc na uczelni. Zawsze staram się pamiętać o należytym prowiancie. Wolę być spokojną, że mam ze sobą coś „tłuszczykowatego” do przegryzienia niż martwić się, że będę musiała szukać jeszcze jakiegoś bufetu.

Do wieczora zazwyczaj pojawiam się w domu, tak więc przyjmowanie kolejnych porcji rybawiryny czy inhibitora proteazy jest mniej problematyczne. Ale tak jak wspomniałam, coraz ciężej jest się zmuszać do jedzenia o tych konkretnych porach... a jak wiemy, nie może to też być byle co, tylko coś z tłuszczykiem. Przypominam sobie wtedy moje piękne wyniki ujemnej wiremii. To dodaje sił i motywacji, wtedy, proszę mi wierzyć, dużo łatwiej jest się przemóc.


Tak jak widać... ilość i częstotliwość przyjmowanych leków bywa uciążliwa, szczególnie biorąc pod uwagę, że niektóre z nich należy przechowywać w lodówce i dodatkowo trzeba do nich coś przekąsić. Nie jest to łatwe. Czasami wydaje się, że już się ma dość i nie da się rady, że jest się więźniem leków. Wtedy należy przypomnieć sobie o korzyściach, które na nas czekają, a zdrowie przecież jest najważniejsze!
Trwa ładowanie komentarzy...