Wtedy też po raz pierwszy poczułam, pewnego rodzaju, frustrację związaną z leczeniem. Widok moich przyjaciół wyruszających w podróże, zwiedzających świat mnie dobijał. Oni korzystali z życia pełną piersią. A ja? Nie dość, że miałam tyle obowiązków to jeszcze leki, częste godziny ich przyjmowania, lodówka w której musiałam je trzymać. Czułam się naprawdę „u-wię-zio-na”.
Nie było najlepiej, podupadłam psychicznie. Aż w końcu nadszedł moment, w którym postanowiłam coś z tym zrobić. Bez wsparcia bliskich mi osób, którym naprawdę dziękuję, wcale nie byłoby to takie łatwe. Tak naprawdę to oni wzięli mnie w obroty i zmobilizowali do działania.
Kupiłam lodówkę turystyczną, taką, którą mogłam podłączyć zarówno do normalnego kontaktu jak i w aucie. I muszę przyznać, że to były najlepiej wydane pieniądze tych wakacji! Dzięki niej mogłam zacząć swobodnie podróżować! W końcu mogłam wyrwać się z domu i ruszyć „w świat”. Temperatura w lodówce, po włożeniu dodatkowych wkładów lodowych, była na tyle optymalna, że nie musiałam się już martwić o leki.
Zrobiłam sobie krótką wycieczkę w polskie góry. Co prawda moje tempo chodzenia po szlakach nie było powalające, bo kondycja nie jest już tak dobra jak kiedyś, ale i tak było fantastycznie. Piękne widoki rekompensowały wszystko!
Pod koniec swojego „urlopu” pojechałam jeszcze na kolonie z dzieciakami w roli opiekunki Mimo, że były dni, kiedy poziom mojego zmęczenia sięgał zenitu, to i tak, taki zastrzyk młodej, świeżej, dziecięcej energii bardzo mi pomógł pozbierać się i spojrzeć bardziej bezproblemowo w przyszłość.
Cieszę się, że udało mi się podnieść z dołka psychicznego i odzyskać swoją dawną energię, nadzieję. Zauważyłam też, że przy dobrym nastawieniu wszelakie niepożądane przeze mnie objawy związane z leczeniem, były zdecydowanie mniej odczuwalne.
Po tych wszystkich wojażach, powoli zaczęłam wracać do rzeczywistości. Między innymi czekała mnie kolejna wizyta w poradni, tym razem nie tylko po wydanie mi kolejnej porcji leków, ale i po odbiór wyników sprawdzających wiremię!
